czwartek, 8 lutego 2018

Na moim stole królują pączki i powieść historyczna, ale nie tylko...

     Wspaniały dzień - tłusty czwartek - w każdy zwykły dzień dbam o linię, a dziś nie. Pozwolę sobie na kila słodkich, lukowanych pączków w trakcie czytania. I nie będę miała wyrzutów sumienia!!!!

     A oczywiście mam, co czytać i jestem zachwycona nową przygodą. A to oznacza, że skończyłam "Początek" i niebawem opiszę swoje wrażenia. Zanim jednak, to zrobię, nadmienię, że u mnie znów na tapecie powieść historyczna -"Dzikie serca" Aleksandry Katarzyny Maludy.
     Ale nie porzucam bynajmniej kryminałów!
     Zamierzam powrócić do mojej autorki Agathy Christie, gdyż przy lekturze jej kryminałów zawsze dobrze się bawię. Jej powieści są dla mnie gwarancją dobrze spędzonego czasu.

     Postanowiłam sobie jeszcze coś ważnego. Nie trzymać się ściśle i bezwzględnie listy książek, które zaplanowałam sobie, że przeczytam, ponieważ w ten sposób ograniczam swoją spontaniczność. Najgorzej, gdy nagle przyjemność zamienia się w przymus. Dlatego jeśli wpadnie mi coś naprawdę genialnego, to odłożę listę na później, by przeczytać to, co aktualnie mnie frapuje:)
Pozdrawiam:) i smacznego Kochani!

poniedziałek, 5 lutego 2018

Gdzie przykazań brak dziesięciu

     Joe Alex to tak naprawdę Maciej Słomczyński. 
Dowiedziawszy się kilku ciekawostek o tym polskim autorze kryminałów, zapragnęłam poznać jego twórczość. Gdy w ręce wpadła mi jedna z jego książek – „Gdzie przykazań brak dziesięciu”, zapaliłam się do czytania.
źródło zdjęcia http://lubimyczytac.pl/autor/41434/joe-alex

     Wyczytałam, że był synem amerykańskiego reżysera i Angielki Marjorie Crosby. Marjorie postanowiła zostać w Polsce i związała się z Polakiem Aleksandrem Słomczyńskim. Zaznaczę, że ojcostwo Amerykanina jest kwestionowane przez rodzinę pisarza.

     W czasie II wojny światowej walczył o Polskę, był żołnierzem AK. Po wojnie prześladowany, gdyż podejrzewano go o szpiegostwo.

     Bogaty życiorys zainspirował go do stworzenia cyklu powieści kryminalnych, które napisał pod pseudonimem Joe Alex. Jednocześnie głównym bohaterem jest detektyw o tym samym imieniu i nazwisku, który w śledztwach wspiera swojego przyjaciela Beniamina Parkera, policjanta Scotland Yardu. Nierzadko u boku detektywa pojawia się Karolina Beacon, uznana archeolog oraz jego ukochana.

     Jak sami czytacie, wszystko to brzmi wspaniale, więc kryminał „Gdzie przykazań brak dziesięciu” wydawał się być idealną porcją rozrywki.

     Akcja książki rozpoczyna się w momencie, gdy Joe Alex, sławny, uwielbiany detektyw i pisarz w jednej osobie zasiada do napisania kolejnej powieści. Z niewiadomych powodów brak mu weny. Strony maszynopisu pozostają białe. Wówczas odwiedza go jego ukochana – Karolina Beacon. Alex, jak gdyby posiadał nadnaturalne moce, rozszyfrowuje motywy odwiedzin Karoliny. Oczywiście to nie żadne moce, to tylko zwykła, ale niezawodna dedukcja.
     Okazuje się, że dziadek Karoliny prosi ją i Alexa o pomoc, gdyż ktoś nastaje na jego życie. Dziadkiem Karoliny Beacon jest emerytowany żołnierz armii brytyjskiej oraz bogaty człowiek zakochany w sztuce Indii. Kto zna odrobinę historii Wielkiej Brytanii ten wie, jak mocno ów kraj był (i nadal poprzez kulturę) jest związany z Indiami.
     Joe i Karolina udają się do wspaniałej posiadłości Mandaley House, aby pomóc generałowi Johnowi Somerville. Na miejscu zastają Chandę, oddanego hindusa i zarządcę posiadłości oraz szereg mało oryginalnych postaci.
     Generał Somerville znawca i kolekcjoner sztuki Indii pisze pracę naukową, w której zamierza obnażyć rażące pomyłki znanego amerykańskiego profesora sztuki. Zaprasza go do Mandaley House, aby skonfrontować swoje poglądy na pewna rzeźbę. Profesor Reginald Snider przybywa do generała wraz ze swoją córka i asystentką zarazem – Dorothy Snider. W posiadłości zamieszkują również: panna Meryl Perry, jak się okazuje koleżanka Karoliny ze studiów, inżynier William Cowley, którego zadaniem jest przygotowanie metali i pieca do wytopu posągów oraz artysta – rzeźbiarz James Jowett.
     Jak się można łatwo domyślić, dochodzi do morderstwa. Nieszczęśliwie trzeba się na to morderstwo naczekać. Trup pada na 190 stronicy. A przez 190 stron akcja toczy się ślimaczo, zawiązuje małymi kroczkami. Wynudziłam się, jak mops. Spodziewałam się o wiele więcej. Chyba czegoś bardziej sensacyjnego i przygodowego. Niestety nic z tego. To klasyczny kryminał, aż do bólu.
Czytelnik nie znajdzie tu wątków obyczajowych wpierających akcje. Nie wstrząsną nim wielkie emocje. A te które się pojawiają są płaskie i banalne, mało wzruszające, pomimo tragicznych okoliczności.
     Muszę dodać kolejne niestety! Postaci są nijakie i schematyczne do bólu (wiem powtórzenie, ale jakże trafne!). Pan detektyw zadufany w sobie, pani archeolog trwożliwa, płaczliwa, bez cech charakterystycznych. A właśnie po głównych bohaterach spodziewałabym się tego czegoś, co porywa serce czytelnika.
     Po stronie 190 akcja nabiera nieco tempa, bo rozpoczyna się właściwe śledztwo. Określiłabym je mianem oschłego procesu dedukcji, któremu brakuje ikry. Samo rozwiązanie zagadki odebrałam jako naciągane, ale to już każdy sam powinien ocenić.
     Raczej nie polecam tego kryminału. Chyba, że zatwardziałym fanom gatunku.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Z „Ubikiem” poznasz zaświaty

    Philip Kendrick Dick w swej twórczości łamie schematy i to jest najlepsze. Proces czytania „Ubika” zaliczany jest do „doznań „estetycznych i metafizycznych”, jak napisał Łukasz Orbitowski w przedmowie. Jednocześnie informuje czytelnika skąd Dick czerpał inspiracje. Ze stanów odurzeń po zażyciu narkotyków. Być może szokować ten fakt i podważać sens takiej literatury. Nadmienię tylko, że w latach 60-tych ubiegłego stulecia patrzono inaczej na te sprawy. W świadomości społeczeństwa konsekwencje stosowania narkotyków nie były powszechnienie znane. Za to, jak pisze Orbitowski, pamiętano czasy drugiej wojny światowej i trudy wojenne, które były znośne właśnie dzięki amfetaminie. Jestem daleka od wybielania autora. Dla niektórych „Ubik” jest fenomenalnym dziełem a dla innych bzdurą szaleńca.

     Nie wiem, jak odebrałabym „Ubika”, gdybym nie żyła w dobie internetu, social mediów i nie była świadoma relatywności tych światów. Nasze myślenie zmieniło się a odbicie „Ubika” znajdziemy w twórczości wielu twórców filmowych, którzy podważają realność otaczającego nas świata. Nie chcę „wskazywać palcem” tytułów, by tym którzy nie czytali, nie nasuwać rozwiązań.

     Joe Chip pracownik korporacji Glena Runcitera poznaje Pat Conley dziewczynę o niezwykłych zdolnościach paranormalnych. Potrafi ona cofnąć w czasie zdarzenie, tak by nie zaistniało. Dowiadujemy się, że gdy była małą dziewczynką stłukła wazon. Ponieważ jej rodzice byli jasnowidzami przewidzieli to i ukarali tydzień przed zdarzeniem. A kiedy stało się to naprawdę, mała Pat tak długo i intensywnie myślała o tym, że nie chce by wazon się stłukł, aż pewnego dnia okazało się, że wazon stoi na swoim miejscu a rodzice niczego nie pamiętają. Joe przedstawia Pat swojemu szefowi Glenowi i zostaje ona przyjęta do korporacji. Razem z innymi osobami o zdolnościach paranormalnych udają się na planetę Lunę, by tam zneutralizować działania innych ludzi o zdolnościach niezwykłych. Na Lunie dochodzi do wybuchu i ginie Glen Ruciter. Przewożą go do Moratorium Ukochanych Współbraci, by wprawić go w stan półżycia. I co dalej? No cóż dalej już nie zdradzam.

     „Ubikiem” można się zachwycić lub od razu uznać za bełkot wariata. Nie sądzę by było coś pomiędzy. Nie w tym przypadku. Osobiście należę do grona tych zachwyconych. Myślę, że jest to kwestia gustu książkowego. „Ubik” poddaje w wątpliwość realność wszystkiego a przy tym podkreśla jak bardzo chcemy, aby świat stanowił spójną i logiczną całość. Warto przeczytać i poznać inną perspektywę patrzenia na świat.

wtorek, 2 stycznia 2018

Gwiazdor spisał się na medal!

     Przyznaję się bez bicia, że  w te święta totalnie poddałam się świątecznej atmosferze i zniknęłam z bloga. Pochłonięta pieczeniem pierników i smażeniem karpia nie porzuciłam bynajmniej mojej pasji. Zaczęłam kryminał Joe Alexa oraz science-fiction Philipa K. Dicka - nie byłam w stanie sie oprzeć "Ubikowi".

    Gwiazdor był w tym roku hojny i do kolekcji trafiła "Elektryczna mrówka" oraz "Labirynt śmierci".






     Same powieście tego autora są już dla mnie czytelniczą ucztą. Ale prawdziwą ucztą dla oczu jest wydanie w twardej okładce opatrzone rysunkami polskiego malarza i rzeźbiarza Wojciecha Siudmaka.






"Elektryczna mrówka"
"Labirynt śmierci"
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań

piątek, 15 grudnia 2017

Rozmowa z autorką "Zesłanej miłości" i "Dzikich serc"



Niektóre myśli zachowują się wobec niej okrutnie. 
Domagają się zapisania. 
Utrwalone na papierze dają spokój. 
Układają się w piękne opowieści z historią w tle.



Dziś przedświąteczne spotkanie z autorką cyklu "Cień od wschodu" oraz "Podwójnego życia Nawojki" Aleksandrą Katarzyną Maludy z wykształcenia polonistką i historyczką,  z zamiłowania pisarką.



 Zbieg okoliczności sprawił, że poznałam twórczość tej autorki. Wyczekuję z niecierpliwością "Dzikich serc", które 15 stycznia 2018 będą miały swoją premierę. Dlatego cieszę się, że autorka gości na moim blogu, by odpowiedzieć na kilka nurtujących mnie pytań.


Zapraszam 

 



    Zacznę tradycyjnym pytaniem :). Skąd wzięła się Twoja pasja pisania?
    Niektóre myśli, które przychodzą mi do głowy, zachowują się wobec mnie okrutnie. Tak są natrętne, tak się tego domagają, że muszę je jakoś zrealizować. Dotyczą różnych rzeczy – pracy, urządzenia domu, jakichś mniejszych czy większych życiowych rewolucji. Najmniej paskudne są takie, które wystarczy zapisać na kartce papieru. Utrwalone tam dają mi spokój. Długo nic z nich nie wynikało. Do czasu aż moja córka nie obroniła pracy doktorskiej dotyczącej wczesnośredniowiecznych świętych irlandzkich. Jak się pewnie domyślasz, pracodawcy nie tęsknią specjalnie za wysokokwalifikowanymi specjalistami w tej dziedzinie, więc jej wiedza, która zawsze wydawała mi się doskonałym materiałem literackim, była niewykorzystana. Chciałam ją namówić do napisania na ten temat powieści. Tylko najpierw sama musiałam sprawdzić, czy to jest zadanie do wykonania. Dlatego napisałam „Rok 1863…” i pisanie mnie pochłonęło.

    Skąd czerpiesz pomysły i inspiracje do swoich książek?
     Jestem książkowym molem. Lubię historię i sporo na ten temat czytam. A tam jest tyle wątków i spraw, które moim zdaniem powinny przeobrazić się w powieść, że życia mi nie starczy, by się nimi wszystkimi zająć. Mam wrażenie, że stoję przed półką, na której nie ma wielu książek, więc tylko staram się zapełniać luki.

    Dlaczego właśnie okres upadku powstania styczniowego, czyli Polski pod zaborami i losy ludzi zesłanych na Syberię postanowiłaś opisać w „Zesłanej miłości”?
    To przypadek. Mieszkałam wtedy na mazowieckiej wsi niedaleko Płońska. Wpadła mi do rąk książka regionalisty, Ryszarda Juszkiewicza, „Powstanie styczniowe na północnym Mazowszu”. Wynikało z niej, że jeden z wodzów powstania, Zygmunt Padlewski, był częstym gościem w okolicznych dworach, tu powstawały plany powstania, tu znajdował schronienie i odpoczynek w przerwach między walkami. Historia toczyła się drogami, którymi ja codziennie jeździłam do pracy, chodziłam na spacery. Nie mogłam być na to obojętna.

    Dzikie serca” to drugi tom cyklu Cień od wschodu. Opis na okładce intrygujący, ale i oszczędny. Czy mogłabyś uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić więcej na temat fabuły? Nurtuje mnie, czy spotkamy jeszcze Justynę i innych bohaterów z pierwszej części cyklu?
    W „Dzikich sercach” opowiadam historię Klary Kadyszewiczówny, córki bohaterów „Zesłanej miłości”. Ta część akcji toczy się w Warszawie, do której wracali już z zesłania niektórzy moi bohaterowie. Spotykamy ich, o innych docierają do nas tylko wiadomości. Klara pochodzi z tatarskiej rodziny, co jest pretekstem do snucia opowieści o polskich Tatarach. Mnóstwo tam dramatycznych i egzotycznych historii.

    Zesłana miłość” skupia się wokół miłości Justyny Dubieckiej i Edmunda Ojrzanowskiego. Czy Klarę, bohaterkę „Dzikich serc”, również czekają miłosne rozterki?
    Oczywiście, że Klarę czekają miłosne rozterki. Są one wpisane w los chyba każdej młodej dziewczyny. Nie brak także miłosnych historii w dziejach jej przodków.

    Masz w planach trzecią część?
    Pracuję nad trzecią częścią cyklu „Cień od wschodu”. Chciałabym w niej połączyć wątek syberyjski z „Zesłanej miłości” z warszawskim wątkiem „Dzikich serc”. Tym razem moi bohaterowie przeżywać będą swoje przygody na tle I wojny światowej i rewolucji w Rosji.

    Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, szczególny czas. Współcześnie królują centra handlowe. A jak spędziliby te święta bohaterowie Twoich powieści? Co znalazłoby się na ich świątecznym stole? Z kim podzieliliby się opłatkiem?
    Opisywałam mazowiecką wigilię w „Roku 1863…” i zesłańczą w „Zesłanej miłości”. Ta pierwsza była pełna rozterek i niepokojów, druga tęsknoty i tragicznych wspomnień. Wigilia jest czasem tradycji dla każdej rodziny nieco innej. Składają się na tę tradycję wpływy regionalne i historia. Trochę inaczej wyglądała ona w Kongresówce, inaczej w Małopolsce czy na Śląsku. Moi bohaterowie jedli w wigilijny wieczór wiele potraw z ryb, wśród których koniecznie musiała być jakaś zalana galaretą, a inna przyrządzona po żydowsku, koniecznie musiała się znaleźć na stole kapusta z grzybami albo pierogi z takim farszem, czerwony barszcz albo zupa grzybowa, kutia z makiem, albo/i makowiec. W zamożniejszych domach ubierano już choinkę, a w innych u sufitu podwieszano ustrojony ścięty czub sosny czy świerka – połaźniczkę. A przy stole rodzina i puste nakrycie dla wędrowca z dalekich stron. Wtedy czekało ono przede wszystkim na tych, którzy wracali z Syberii.

    Co najbardziej w świętach lubi autorka „Dzikich serc”?
    Święta Bożego Narodzenia budzą we mnie dziecko. Choć jestem już starszą panią, to nieodmiennie cieszy mnie choinka, kolacja wigilijna, śpiewanie kolęd i prezenty. Magia świąt powoduje, że na kiedy indziej odkładamy kłopoty, interesy, nieporozumienia. Świat wypełnia się dobrocią, wzajemną życzliwością. Tego wszystkiego życzę moim czytelnikom. I jeszcze tego, by ta życzliwość, dobro rozciągnęły się także na zwykłe, nieświąteczne dni.

źródło okładek: lubimyczytac.pl


środa, 13 grudnia 2017

"Fobos" wzbudził we mnie kontrowersje


     Przeczytawszy opis fabuły na okładce zdecydowałam, że muszę „Fobosa” przeczytać. Jak tylko w domu zajrzałam do środka i odkryłam, że to romans w kosmosie dopadły mnie wątpliwości. W dodatku z ust znajomego usłyszałam, że książka przepełniona jest utartymi schematami, wręcz tanimi sztuczkami mającymi poruszyć czytelnika.




     Pełna sprzeczności zabrałam się za lekturę. Będę szczera, intryga wciągnęła mnie i chciałam więcej, czytałam więc więcej i szybciej.



     Powrócę do fabuły. Prywatna firma Atlas Capital przejmuje NASA – Narodową Agencję Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej. Zamyka wszystkie programy oprócz jednego związanego z podbojem Marsa. W ich posiadaniu z dnia na dzień znajduje się kosmodrom, centrum kontroli lotów kosmicznych w Houston, statek czekający na orbicie okołoziemskiej a nawet sprzęt kiedyś zrzucony na Marsa w trakcie misji bezzałogowych. Mają jeden cel zbić na tym jeszcze większy majątek, niż już jest w ich posiadaniu. A przecież nie ma lepszego na to sposobu, jak reality show (ludzie są głodni cudzych emocji) oraz media społecznościowe. Projekt zyskuje chlubną nazwę Genesis, gdyż głównym założeniem ma być kolonizacja czerwonej planety. W programie berze udział sześć dziewcząt i sześciu chłopców, którzy mają dobrać się w pary na podstawie sześciominutowych randek, by następnie założyć rodzinę na odległej planecie.



     Wyprawę w kosmos obserwujemy oczami Leo Ognistowłosej, czyli osiemnastoletnej Leonor, specjalistki w dziedzinie medycyny (skrywającej tajemnicę, która spędza jej sen z powiek – emocje już są zapewnione). Ponieważ akcja biegnie dwutorowo – na Marsie i Ziemi, tempo jest takie jakie być powinno – w sam raz. Napięcie rośnie, ale nie opada nagle jak przekłuty balon. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie. Skupia się na postaci Sereny McBee producentki show oraz Andrew Fishera, syna jednego z pracowników programu Genesis. Przy krótkim streszczeniu wymieniłam trzech bohaterów a mogłabym więcej, gdyż jest ich sporo. Autor zadbał by prezentowali sobą całą gamę osobowości od wyboru do koloru, dla każdego coś się znajdzie. Tak więc Fobos zawiera wszystko to co książka, mająca się sprzedać, powinna zawierać.



     Niezrozumiała jest dla mnie konstrukcja książki. Oprócz podziału na rozdziały opatrzone tytułami, książka podzielona jest na akty, które kojarzą mi się bardziej ze sztuką teatralną niż powieścią. W dodatku jest napisana w czasie teraźniejszym. Przez co miałam nieodparte wrażenie, że czytam suchy jak wiór scenariusz filmowy (lub właśnie sztukę), który sam w sobie nie posiada literackiej wartości, gdyż w historię z założenia tchnąć życie mają dopiero aktorzy. Już wcześniej spotkałam się z takim prowadzeniem narracji. Nie mogę się przyzwyczaić. Nie potrafię wczuć się w historię. Styl autora staje się miałki, trudny do przełknięcia. Dla mnie to mankament.



     Fobos została ogłoszona wspaniałą książką science-fiction, podczas gdy bardziej skupia się na relacjach międzyludzkich niż na eksploracji kosmosu. Kosmos jest tu przygrywką, a pierwsze skrzypce grają ludzki emocje, które – choć tego nie chcemy – kierują nami bardziej niż zdrowy rozsądek. Nie można odmówić powieści poruszania ważnych kwestii, choćby akceptacji samego siebie. Myślę, że fani gatunku Young Adult będą usatysfakcjonowani lekturą. Nie jestem pewna, czy jest to książka, którą można polecić każdemu bez względu na wiek. Dlatego wstrzymam się z jednoznacznym osądem.

środa, 6 grudnia 2017

"Imię Pani" zburzyło mój spokój


    Jest rok 1934, tuż przed Bożym Narodzeniem. W opactwie benedyktyńskim w Krzeszowie przebywa Gustaw Dewart, kryminalny śledczy Kripo. Przyjechał na wypoczynek wraz z wujem Ferdinandem Pointstinglem znajomym samego opata Alberta Pallentina. Kiedy dochodzi do serii nieszczęśliwych wypadków, urlop policjanta kończy się, gdyż na prośbę Pallentina podejmuje prywatne śledztwo.

     Przyznam, że książkę zaczynałam czytać z duszą na ramieniu. Po lekturze „Będę Cię szukał, aż Cię odnajdę” byłam zachwycona. Nowa książka autora wywołała u mnie stan podekscytowania a jednocześnie niepewności. Czy kryminał retro trafi w mój gust tak jak młodzieżówka z wątkiem s-f?
Moje obawy szybko się rozwiały. „Imię Pani” mrocznym klimatem zburzyła niewzruszoną tafle spokoju i wpłynęłam na morze napięcia i domysłów.

     Zimne, surowe mury opactwa kryją tajemnicę, która sprowadza na mnichów śmierć. Miejscowa policja uparcie trzyma się jednej wersji – były to wypadki. Z tym, że kostucha zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Ginie coraz więcej ludzi i to spoza klasztoru. Dewart nie daje za wygraną i wbrew wszystkiemu, łącznie ze zdrowym rozsądkiem, usiłuje dojść do prawdy. Ktoś na każdym kroku krzyżuje mu szyki, ktoś dybie na jego życie. Ale też jest ktoś kto nad nim czuwa. Niepozorny zakonnik Wacław Lubomski, który często pojawia się, by podać Dewartowi pomocną dłoń i przypomnieć, że opatrzność nad nim czuwa. Dewart siłuje się na uprzejmości, ale dawno przestał wierzyć w te rzeczy a w sercu nosi żal do Stwórcy o tragedię, która dotknęła jego rodzinę. Tragicznie utracona miłość nie daje o sobie zapomnieć. Przeciwnik zamierza to wykorzystać bez skrupułów. Trudności piętrzą się przed bohaterem. Silne emocje targają nim a czytelnik jest w ich epicentrum.

    „Imię Pani” zawładnęło mną od początku do końca. Trudno mi dobrać słowa, aby oddać klimat książki, która z jednej strony bucha ascezą cechującą mnichów, a z drugiej bogactwem symboliki malowideł i rzeźb opactwa w Krzeszowie. Autor skwapliwie skorzystał z owej symboliki, by usnuć misterną intrygę. Nie mogę się oprzeć porównaniu Krzysztofa Koziołka do Dana Browna (którego „Początek” mam w planach), gdyż jego bohater podobnie wykorzystuje zabytki na skalę europejską znajdujące się w Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, aby trafić na tajemniczy ślad. Ale książka... Ach...



Dziękuję autorowi za egzemplarz do recenzji, jak również dedykację.